,,Café, Mama, Café” – ,,Café de Flore”.

Jest rok 2006, Heieneken Jazzaldia Festival w San Sebastian. The Matthew Herbert Big Band, w trakcie koncertu, w 34 minucie (33:45), po raz pierwszy przed szerszą publicznością zagrał utwór “Café de Flore” w takiej aranżacji. Choć niestety nie miałem przyjemności być na tym koncercie (a wierzę, że byłby to koncert życia), jako wielki fan Herberta obejrzałem jego zapis jeszcze tego roku i od tamtego czasu widziałem go dziesiątki razy.

Pomijając, że od początku do końca jest to wspaniałe doznanie muzyczne, to na szczególną uwagę zasługuje właśnie wspomniany utwór. Pozytywne wibracje całego zespołu, dla których muzyka jest lekkim połączeniem radości i zabawy, zaraziły mnie i „Café de Flore” już na zawsze stał się dla mnie utworem symbolizującym radość oraz pozytywne uniesienia.

Pięć lat później Jean-Marc Vallée, kanadyjski reżyser znany chociażby z „Witaj w klubie”, „Dzikiej drogi” czy „C.R.A.Z.Y.”, nakręcił film „Café de Flore”. I bezpowrotnie zmienił mój muzyczny symbol. Na lepsze, ponieważ zrozumiałem, że radość płynąca z tego utworu jest połączona ze smutkiem. Nie negatywnym, lecz rzewnym uczuciem, które często wyraża się płacząc ze szczęścia, ze wzruszenia czy w ramach katharsis.

Sięgając po utwór Herberta (i jego liczne wersje: electro, lounge, chill out), Vallée wyraził tę dwuznaczność na kilku płaszczyznach: muzycznej i fabularnej przede wszystkim, ale nie tylko.
Montreal, czasy współczesne. Poznajemy Antoine’a, mężczyznę tuż po 40., któremu niczego nie brakuje. Zdrowie dopisuje, jest szczęśliwie zakochany, ma dwie piękne córki, żadnych problemów finansowych. Od dziecka jego największą pasją jest muzyka, a obecnie realizuje ją jako zawodowy DJ.

Paryż, początek lat 70. 5-letni chłopiec z zespołem Downa – Laurant (Marin Gerrier) – również jest wielkim szczęściarzem. Jego matka, Jacqueline, wbrew woli ojca, który tuż po narodzeniu chorego chłopca, chce się go, brzydko mówiąc, „pozbyć” („Nie jesteśmy misjonarzami!” – krzyczy na odchodnym), samotnie wychowuje Lauranta tocząc twardy bój z uprzedzonym społeczeństwem i bezwzględnym systemem.

Sielski żywot obojga jest w istocie tylko sceną, na której odgrywa się ich prawdziwy dramat. Antoine’a jest alkoholikiem, który rozwiódł się z miłością swojego życia dla młodszej Rose (Evelyne Brochu). Na jednej z wizyt u psychoanalityka stwierdza, że swoją egoistyczną decyzją przegrał życie i zrujnował szczęście swojej rodziny. Laurant z kolei w wieku siedmiu lat, z symptomatyczną dla swojej niepełnosprawności naiwnością, zakochuje się w swojej rówieśniczce, co jest tyleż piękne z początku, co tragiczne w skutkach. Pozornie oderwane od siebie historie są ściśle ze sobą powiązane. Łączy je „Café de Flore”. W scenach paryskich jest ulubioną piosenką Lauranta (wersja klasyczna, „big-bandowa”) oraz symbolem Miłości i Niemożliwego dla Jacqueline (pragnie, by syn dożył starości). W życiu Antoine’a natomiast (w elektronicznej wersji Doctor Rackita) – nakręca go do życia i do miłości. Fabularnie łączy ich postać matki i byłej żony, która jest tą samą osobą, tylko w dwóch wcieleniach. Choć brzmi to kiepsko, jest zupełnie odwrotnie. Lunatykująca, śniąca powtarzający się sen Carole (Hélène Florent), szuka różnych sposobów na jego wyjaśnienie. Nie pomaga ani najbliższa przyjaciółka, ani Jung, więc postanawia skorzystać z pomocy medium. Wizyta okazuje się punktem kulminacyjnym w filmie i odtąd, w rytmie powtarzanych scen (a także „Breathe” Pink Floydów i mrocznego „Corona Radiata” Nine Inch Nails), oba wątki sklejają się w oczywistą jedność.

„Café de Flore” to dla mnie arcydzieło z dwóch powodów. Pierwszy to pomoc dla mnie w reinterpretacji znaczenia tytułowego utworu. Drugi to muzyczność tego filmu. Na soundtracku słyszymy nie tylko Matthew Herberta, Pink Floyd, NIN, The Cure czy Sigur Rós. Jean-Marc Vallée zaskoczył dwoma perełkami: cover „Le Vent Nous Portera” Noir Désir w przepięknym wykonaniu Sophie Hunger oraz „Navvaatara” – towarzyszący jednej z najpiękniejszej scen z filmu utwór mało znanej kanadyjskiej artystki Élisapie Isaac.

Podobne artykuły