Dlaczego ,,Stranger Things”?

Kiedy dzień po premierze „Stranger Things” przeczytałem, że to najlepszy serial, jaki wyszedł z wytwórni Netflix, to – mając w pamięci całkiem niedawno odświeżoną pierwszą serię „przygód” Pablo Escobara – pod adresem autora tej opinii posłałem kilka łacińskich zwrotów…

Stranger Things - serial, opinie
Christian Bertrand / Shutterstock.com

Ale jako człowiek uzależniony od seriali, nie czekałem i stwierdziłem, że obejrzę chociaż pierwszy odcinek. Po nieprzespanej nocy, bo naturalnie obejrzałem wszystkie osiem odcinków bez przerw, autora powyższej opinii przepraszam i nie dość, że się z nim zgadzam, to powiem więcej – nie tylko z Netflixa.

Na prawach glossy dodam tylko, że „Narcos” to wybitny serial i już nie mogę się doczekać 2 września, kiedy to będzie miała premiera drugiego sezonu.

Debiutujący jako reżyserzy bracia Matt i Ross Duffer, stworzyli dzieło na wskroś uniwersalne. Dla mojego pokolenia będzie to sentymentalna podróż do lat dziecięcych, kiedy zarywało się noce, żeby dokończyć grę planszową. Kiedy świat był analogowy, a na osiedlu był tylko jeden król, bo pierwszy miał Amigę. Nie oznacza to jednak, że serial nie zrzeszy sobie zwolenników zarówno wśród starszych, jak i młodszych widzów.

Wszystko jest tu dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Trzymająca w napięciu od początku do końca fabuła (której nie chciałbym opisywać, bo odniósłbym wrażenie, że rozpakowuję czyjeś prezenty). Zaskakująco dobra gra aktorska dzieci. Wielki powrót Winony Ryder. Idealnie skomponowana muzyka z jednej, jak i dobór utworów z lat 80. z drugiej strony. Kultowe samochody, z BMW 733i na czele… Nawet czołówka zachwyca.

„Stranger Things” to także popkulturowy tygiel odniesień do kultowych obrazów z epoki. „The Goonies”, „Gremliny”, „Obcy”, „Predator”, „Gwiezdne wojny”, „Ryzykowny interes” – to tylko wybrane, ale jest ich znacznie, znacznie więcej. Jednak bracia Duffer manipulują tą konwencją i niczym szczwani prestidigitatorzy puszczają nam oczko za każdym razem, kiedy wpadniemy na odwołania do kina Spielberga czy prozy Kinga.

Producenci promując serial napisali, że jest to list miłosny wysłany do lat 80. Zgadza się, owszem, ale to za mało powiedziane. Dla mnie to prezent pod choinkę z tych rodzajów, że kiedy rodzice dali już zielone światło na rozpakowanie, to papier ozdobny fruwał w strzępach po całym pokoju. Dlatego kiedy serial się skończył i pojawił się czarny ekran, ze smutkiem spojrzałem za okno, bo zdałem sobie sprawę, że to kolejne Święta bez śniegu.

Podobne artykuły