Japońska szkoła śmierci – ,,Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni

Książka Katarzyny Boni jest próbą zrozumienia potrójnej tragedii – trzęsienia ziemi, tsunami i wybuchu elektrowni atomowej w Fukushimie – która wydarzyła się w Japonii w 2011 r. Choć jest to próba niezwykle udana, to można mówić tylko o próbie, bowiem niemożliwym jest zrozumienie tragedii z punktu kulturowego przez pisarza spoza tego kręgu cywilizacji. Samo przeżywanie tragedii, a także sposób radzenia sobie ze strachem, stratą bliskich, majątku i w końcu śmiercią.

„Ganbare!…” to reportaż składający się z paradoksów. Już z poziomu samego tytułu: słowo ‘Ganbare’ znaczy Dasz radę!, Daj z siebie wszystko! Trzymaj się!, zderzone z popularnymi w Japonii warsztatami umierania tworzy jeden z nich. To książka niezwykła, ponieważ w cieniu katastrofy autorce udało się ukazać trudne życie w nowej rzeczywistości, której domeną jest oczekiwanie na kolejne – wydaje się, nieuniknione – tragedie i oswajanie śmierci. Nie ma w tym ani krzty truizmów, że przecież każdego z nas czeka śmierć, na coś muszę umrzeć itp. Nie, w Japonii żyje się w ciągłym obcowaniu ze śmiercią, a obok żywych żyją zmarli.

U nas wybiera się zajęcia z jogi albo nowy kurs językowy, w Japonii zapisuje się na warsztaty umierania, na których można się nauczyć, co i kto w naszym życiu jest naprawdę ważny i jak najlepiej przeżyć resztę swojego życia. Nie tylko w obliczu bliskiej śmierci – na zapisy nie ma ograniczeń wiekowych.

Napisana prostym, często lapidarnym językiem, książka Boni przekonuje nas, że takie warsztaty przydałyby się każdemu z nas. Poniższy fragment jest kwintesencją tego świetnego reportażu.

Spędził bezsenną noc w zimnym domu. Nie było prądu, nie było ogrzewania. Tylko wstrząsy wtórne, które nie pozwalały mu zasnąć. Rano próbował znowu. Tym razem mógł wejść do miasta. A raczej do tego, co kiedyś było miastem. Wypatroszone budynki, odsłonięte stalowe konstrukcje. Łodzie wrzucone na dachy domów. Przemielone szczątki. Całe góry bebechów. Trupy ryb, trupy psów, trupy ludzi. Yasuo nie zwracał na to uwagi. Chciał tylko dostać się do szpitala i spojrzeć w oczy swojej żonie. Powiedzieć, jak się o nią martwił. Że z dziećmi wszystko w porządku. I że rodzice też są bezpieczni. Że zaraz po trzęsieniu ziemi jej ojciec, który z nimi mieszka, zakręcił gaz i stanął w bezpiecznym miejscu, we framudze drzwi. Że dom stoi, nie zabrała go fala. Tylko kredens się przewrócił i stłukły się jej ukochane talerze, europejska porcelana trzymana na specjalne okazje. Ale z kolekcją muzyki klasycznej nic się nie stało. Słuchał w nocy Chopina, dopóki nie wyczerpały się baterie w odtwarzaczu. Myślał o niej. Czy jest jej ciepło? Czy ma co jeść?

Przyjechał, żeby zabrać ją do domu.

Podobne artykuły