Kino autorskie: Joel i Ethan Coen

Ostatnie ich dzieło to „Ave, Cezar!”, ale są twórcami przynajmniej kilku kultowych filmów: „Barton Fink” (1991), „Fargo” (1996), „Big Lebowski” (1998) i „To nie jest kraj dla starych ludzi” (2007). W latach dziewięćdziesiątych wraz z Davidem Lynchem, Quentinem Tarantino i może Halem Hartleyem, kształtowali filmowy postmodernizm.

Denis Makarenko / Shutterstock.com
Denis Makarenko / Shutterstock.com

Już po kilku pierwszych filmach: „Śmiertelnie proste”, „Arizona Junior”, „Ścieżka strachu”, „Barton Fink”, „Hudsucker Proxy” – stali się ikoną kina niezależnego na świecie. Wyśmiewali mity, żonglowali konwencją i eksperymentowali z gatunkami. Uzbrojeni w pastisz, parodię i satyrę, atakowali zastałe fundamenty kina niezależnego i z pojedynku zawsze wychodzili obronną ręką. Swoją zasłużoną pozycję w kinie zacementowali filmem „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Zgarnąwszy kilka najważniejszych statuetek, osiągnęli szczyt sławy i popularności, ale od tego momentu ich „niezależność” w kinie straciła na jasności (oczywiście poza wyjątkiem produkcji serialu „Fargo” (2014-2017), który jest znakomity). „Tajne przez poufne”, „Poważny człowiek”, western „Prawdziwe męstwo” i „Co jest grane, Davis?”, a teraz „Ave, Cezar!” – to już nie jest ten sam kunszt, oryginalność i polot, które były znakiem firmowym Joela i Ethana. Nie ten sam poziom.

Gdzie podziała się ironiczna, ale inteligentna gra Coenów z widzem, której celem było perfekcyjne wyczucie oczekiwań i gustów widowni, po to, żeby na końcu można było z nich kpić i szyderczo się śmiać?

Czy „Hail, Caesar!” jest dowodem na to, że bracia kręcili dobre filmy wspinając się na szczyt, a osiągnąwszy go, robią już filmy poniekąd z obowiązku, z rozpędu, dla pieniędzy? Czy kino autorskie znanych nam reżyserów osiągnęło apogeum i czas na przedstawicieli nowej generacji? Czy estetyka filmów chociażby von Triera i Almodóvara nie przejadła się już naszym oczekiwaniom? Czy nie czas na nowe wyczucie nastrojów i wrażliwość artystyczną dla młodszych pokoleń, bez których kino autorskie przestanie się liczyć, a w końcu istnieć?

Od kilku lat z Cannes dociera do nas szczególny komunikat: seryjnie przegrywają główni pretendenci do Złotych Palm. Wielcy, uznani, zasłużeni reżyserzy tacy jak Werner Herzog, Wim Wenders, Lars von Trier, Pedro Almodóvar, Gus Van Sant i wielu innych, nie zdobywają już prestiżowych nagród. Ich filmy nie są już w centrum uwagi. Częściej mówi się o niepowodzeniach reżyserów, niż o niespodziewanych sukcesach twórców skazywanych na porażkę.

Jedno jest pewne: najnowszy film braci twórców „Bracie, gdzie jesteś?” nie dość, że jest przeciętny, to jeszcze potwierdza pewną tendencję. Kino niezależne skostniało i domaga się roszad na najwyższych szczeblach dowodzenia. Niech się mylę! – ale Joel i Ethan Coen już chyba zrobili co swoje.

Podobne artykuły