Miejsce nie do uwierzenia. Część 1

Holandia. Miejsce, które kojarzy się z kilkoma rzeczami: dostępną marihuaną, eutanazją, drogim piwem, prostytucją. Sodoma i gomora, zło i choroby weneryczne. O Amsterdamie myślałem już od kilku lat, ale nigdy nie było okazji by się tam wybrać. W końcu trafiliśmy znów na tanie bilety i ruszyliśmy do tego miejsca zgorszenia zupełnie nieprzygotowani na to, co tam na nas czeka. Ale niczym w piosence zespołu Bajm, zrozumieliśmy na miejscu, że nie odnajdzie więcej nas ta sama chwila.

prom

Nikogo nie powinno dziwić, że zamiast samolotu polskich linii lotniczych podstawiono dla nas maszynę (której produkcja datowana jest na lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych) rumuńskich linii. Moje doświadczenie z lataniem jest spore, ale zawsze w połowie drogi zaczynam się zastanawiać jakim cudem wielka puszka pełna ludzi leci z jednego miejsca do drugiego. W tym przypadku wielka, zardzewiała puszka.

Wydostanie się z lotniska Schiphol jest fantastycznie łatwe, a do centrum Amsterdamu dostaniecie się wygodnym pociągiem w około 15-20 minut. Bilety, które kosztują 5 euro, możecie kupić w automacie tylko przy użyciu karty kredytowej lub monet. Jak można się domyślić, nie miałem ani jednego, ani drugiego.

W zależności od tego, w której części Amsterdamu znajduje się Wasz hotel możecie się do niego dostać na kilka sposobów: pieszo, taksówką, komunikacją miejską, rowerem albo… promem. Na nasze szczęście wybraliśmy hotel, do którego trzeba dostać się promem. Pierwsze zaskoczenie: promy są bezpłatne. Drugie zaskoczenie: w zależności od promu, kursują co 6-15 minut! Port promowy znajduje się zaraz przy wyjściu z dworca kolejowego. Po wypiciu szybkiego espresso, w knajpce o nazwie Mr. Sister, władowaliśmy się na statek płynący w kierunku NDSM Wharf. Trafiliśmy na piękną pogodę, więc poranne słońce solidnie przygrzewało, a wiatr śmigał wśród pasażerów. Miało być poetycko, chyba nie wyszło… Dopływając, z marszu wiedziałem, że zakocham się w tym miejscu. U brzegu stała zatopiona do połowy łódź podwodna, a przy wejściu do portu na betonowym podwyższeniu wisiał neon, którego litery układały się w zdanie: A place beyond belief (miejsce nie do uwierzenia).

mrsister

Widok z hotelowego okna (wybraliśmy hotel Double Tree by Hilton, wiem, wiem… Hilton, ale po raz kolejny powtórzę: zbierajcie punkty, szukajcie promocji i róbcie wszystko co w Waszej mocy jeśli zależy Wam na wszelkich wygodach. Jeśli nie, zawsze można przespać się w wieloosobowej sali w hostelu, poznać masę ludzi i przeżyć zapewne przygody o jakich innym się nie śniło) był naprawdę cudowny. Stare magazyny i kontenery, portowy dźwig. Dopiero kilka godzin później miałem przekonać się o tym, co kryje się za odrapaną farbą, wygiętą blachą i metalowymi elementami.

widokzhotelu

W hotelu zostaliśmy tylko na kilka sekund, by po chwili wracać promem do centrum. Miasto utwierdziło mnie w przekonaniu, że pokocham to miejsce. Połączenie kanałów Wenecji, wielkomiejskiego szumu Londynu, uśmiechniętych ludzi w Porto i zadbania, do którego powinno dążyć każde miasto na świecie. Tak proszę Państwa, Amsterdam zepchnął mój ukochany Londyn z drugiego na trzecie miejsce, miast w których mógłbym zamieszkać. Stało się! A oto dlaczego:

1. Rowery. Według różnych źródeł, w Amsterdamie jest około miliona rowerów, ale będąc na miejscu ze spokojem można stwierdzić, że są ich 172 miliony i każdy jedzie w inną stronę. Poruszając się po mieście trzeba rozglądać się za każdym razem, ponieważ rowerzyści to osoby święte, którym przysługuje odgórne prawo kultu. I słusznie. Kult kończy się w momencie, gdy delikwent zaparkuje swój rower w miejscu niedozwolonym (na przykład przyczepiając go do znaku). Specjalnie oddelegowane służby mają możliwość zniszczenia blokady roweru i zabrania go Bóg wie dokąd, przyczepiając na kierownicę czerwoną karteczkę…

ulica2

2. Ulice. Szlajając się po zawiłych uliczkach pierwszą rzeczą jaka rzuca się w oczy jest czystość. Drugą… fantastyczny design i piękna architektura. Przynajmniej w pierwszej chwili, bo kilka sekund później zaczyna do nas docierać, że połowa budynków wygląda tak, jak gdyby ich frontowa ściana miała za chwilę odpaść i z hukiem runąć do pobliskiego kanału odsłaniając przy okazji pięknie urządzone wnętrza. Z tym w zasadzie nie ma większego problemu, bowiem mieszkańcy Holandii, niezależnie od tego, czy mieszkają na wyższych kondygnacjach, czy na parterze… nie używają zasłon, rolet ani niczego co może sprawić, że turyści (bo zakładam, że lokalna społeczność nie zwraca na to uwagi) nie będą zaglądali im do mieszkań. Wyobraźcie sobie teraz Waszą ciotkę Halinę, gotującą i obierającą pomidory nago w swojej kuchni w niedzielne przedpołudnie…

ulica

3. Uśmiechnięci ludzie. Wszędzie: w sklepach, restauracjach, księgarniach, kawiarniach, na promach, rowerach. Można pomyśleć, że jest to wynikiem łatwo dostępnej marihuany, którą nabyć można w licznych coffee shopach. Wszystko jednak wskazuje na to, że rdzenni mieszkańcy po prostu wiedzą, że mieszkają w jednym z najfajniejszych miejsc w Europie, a turyści dają się ponieść tej euforii.

I w tym momencie Was zostawię… bo o kolejnych punktach opowiem innym razem. A póki co…

… dare to dream!

Podobne artykuły