Outsider z Wall Street – Big Short

Kiedy na ekrany kin wszedł najnowszy obraz Adama McKaya, pełen byłem rezerwy i miałem jasne przeczucie, że o kryzysie nie dowiem się niczego nowego. Wszystko, zdaje się, zostało powiedziane w „Chciwości”, a jeszcze całkiem niedawno na temacie poślizgnął się Scorsese wypuszczając „Wilka…”, więc obejrzałem ten film bardziej z obowiązku niż z pragnienia.

Film nie zachwyca, ale też nie nudzi. Jednak potrzeba zrozumienia mechanizmów, które narodziły ekonomiczne pandemonium niespełna dekadę temu, w Amerykanach jest silna i pojąć to trzeba.

Prowadzona wielowątkowo historia poprzedzająca dzień krachu trzyma w napięciu i dla przeciętnego Kowalskiego może być połączona z pewnym intelektualnym wysiłkiem. W końcu historia najeżona jest „trudnymi” terminami z ekonomii, giełdy. Lecz niekoniecznie. Kiedy narrator grany przez Ryana Goslinga bezpośrednio zwraca się do widza pytając: Skomplikowane, co? Zaczynasz się czuć znużony albo głupi. Cóż… o to właśnie chodzi. Wall Street lubi używać skomplikowanych terminów, żebyście myśleli, że tylko oni mogą się tym zajmować, wolno przypuszczać, że będzie ściąga. A ta pojawia się znienacka, po trzykroć i jest barwnym przerywnikiem. Pojawiają się postaci z showbizu, kolejno: Margot Robbie, Anthony Bourdain i Selena Gomez, które jak dziecku tłumaczą nomenklaturę z Wall Street na „polski”. Pierwsza pluskając się w wannie z szampanem w ręku, drugi krojąc halibuta, ostatnia grając w oko w kasynie. Niekonwencjonalne i proste – tutaj duży plus zarówno za pomysł, jak i dobór celebrytów.

Jeżeli Oscar®, to prędzej za montaż niż najlepszy film roku. Przez wplecione w tok fabuły migawkowe historie składające się z zdjęć bez komentarza można odnieść wrażenie, że dzieje się tutaj historia prawdziwa, nie będąca częścią fikcji. Liczne stopklatki z jednej, a szybkie przejścia z drugiej strony, powodują że film nabiera tempa, które jest lekarstwem na monotonię, o którą przy takim temacie nie trudno.

Dobrze się ogląda Christiana Bale’a i Brada Pitta. Pierwszego trudno poznać, bo mówi normalnie (uraz po Batmanie) i ma sztuczne oko, a drugiego w ogóle trudno poznać; prędzej da się skojarzyć po głosie (swoją drogą dobra charakteryzacja).

Miłą niespodzianką okazał się dobór muzyki do filmu. Niby minęła dekada, ale np. „Crazy” Gnarlesa Barkleya czy „Feel Inc.” Gorillaz przyjemnie przenoszą nas w tamte, pozornie tylko, spokojne czasy.

Podobne artykuły