Piaski pustyni czerwone od rdzy. Część I

Był grudzień 2012. Wszystkie wcześniejsze rezerwacje poczyniliśmy z Dorotą i Izą (poznanymi na Kubie rok wcześniej) już w czerwcu. Teraz, w zimowy poranek czekałem na pociąg do Warszawy. Mróz wdzierał się w każde możliwe miejsce, ale perspektywa trzydziestostopniowych upałów już za kilkanaście godzin skutecznie mnie rozweselała. Warszawskie lotnisko, które było mi już dobrze znane, stanowiło pierwszy punkt, który z powodzeniem odhaczyliśmy na naszej liście.

Dubaj
Fot. Piotr Sternal

Gdy dolecieliśmy do Pragi, lotnisko było praktycznie opustoszałe. Na tablicy odlotów widniały tylko cztery kierunki, w tym nasze miejsce docelowe. Około godziny 21:00 zajęliśmy swoje miejsca i byliśmy gotowi do odlotu. Już za „kilka chwil” mieliśmy dotrzeć do raju.

Obudziłem się w połowie lotu. Sekcja ogona, w której siedzieliśmy była spowita ciemnością. Dziwny dreszcz przeszedł moje ciało, a oczy na chwilę odmówiły posłuszeństwa. Znacie to uczucie, kiedy podświadomie wiecie, że za chwilę wydarzy się coś złego? Coś na co nie macie wpływu, ale Wasze ciało już o tym wie? Dorota wracała właśnie z toalety, a ja wstałem, by przepuścić ją w przejściu do fotela. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam z tamtej chwili było uderzenie twarzą o podłokietnik fotela innego pasażera i krzyk Doroty…

Wylądowaliśmy na miejscu wcześnie rano, lokalnego czasu. Twarz nadal bolała niemiłosiernie, a pod prawym okiem pojawiła się delikatna opuchlizna i mała blizna. Nigdy wcześniej (ani później) nie straciłem przytomności. Tym bardziej przeraziłem się, gdy po chwili odzyskałem świadomość leżąc na tyłach samolotu. Nade mną stały cztery stewardessy i jedna z pasażerek. W oddali widziałem spanikowaną Dorotę (która trzymała moją czapkę z daszkiem) i Izę (która w jednym uchu miała słuchawkę od iPoda). Światła w całej kabinie zostały zapalone i byłem teraz główną atrakcją podróży. Dlatego właśnie pierwszą rzeczą, którą uznałem wtedy za stosowną było poprawienie koszulki (powiedzmy sobie szczerze, wizerunek jest rzeczą ważną). Po krótkiej serii pytań, m.in. o ilość wypitego alkoholu, zażywane leki, narkotyki (!) czy ogólny stan zdrowia spisano moje dane z paszportu w specjalnym protokole. Jedynym plusem całego tego zamieszania były nieograniczone ilości napojów (bezalkoholowych… Hemingway byłby zdruzgotany) do końca lotu.

Teraz, gdy było już po wszystkim, wychodząc z samolotu podszedłem do personelu pokładowego i podziękowałem za pomoc. Pamiętajcie, jeśli taka sytuacja przydarzy się również Wam – podziękujcie. Zdaję sobie sprawę, że obowiązkiem personelu pokładowego jest dbanie o pasażerów, ale mogę sobie jedynie wyobrazić jaki jest poziom stresu w takich przypadkach (po powrocie do Polski wysłałem również maila z podziękowaniami do centrali linii lotniczych).  Jedna ze stewardess spytała, jak się czuję, a ja odpowiedziałem, że dobrze, ale widziałem lekką szramę na mojej twarzy. You’re handsome even with the scar – odpowiedziała grzecznie – Welcome to Dubai!

Dubaj
Fot. Piotr Sternal

Na tym mógłbym skończyć tę część historii o podróży do Emiratów i zostawić Was w niepewności do kolejnej części, ale… to za mało. Jednym z moich marzeń w czasach liceum było zobaczenie najdroższego i najbardziej luksusowego hotelu na świecie – Burj al Arab. Marzenie było na wyciągnięcie ręki.

Hotel, który swoim kształtem przypomina żagiel został otwarty w grudniu 1999 roku (kiedy ja byłem w pierwszej klasie liceum). Budowa sztucznej wyspy oraz samego budynku rozpoczęła się w 1994 roku. Hotel ma 56 pięter (z których trzy znajdują się pod ziemią), 18 wind i 202 pokoje. Symbol luksusu, który do dnia dzisiejszego nie znajduje sobie równych.

Dubaj
Fot. Piotr Sternal

Podobne artykuły