Portugalskie opowieści. Część I

Po mojej wizycie na Kubie w 2011 roku myślałem, że już żadne miejsce nie skradnie mojego serca. Nie mogłem się bardziej mylić. W sierpniu 2013 roku udało nam się odłożyć trochę pieniędzy, które postanowiliśmy wydać na wrześniową podróż. Nigdy wcześniej nie byłem w Portugalii, więc kierunek wydał się ciekawy, a miejsce docelowe było mi obojętne. Postawiliśmy na Porto.

Porto, Portugalia

Po sprawdzeniu wszystkich możliwych połączeń lotniczych zdecydowaliśmy się na lot z Wrocławia, z przesiadką w Paryżu. Wylądowaliśmy na lotnisku Paryż – Beauvais wczesnym popołudniem i musieliśmy poczekać niemal pięć godzin na lot do Porto, który jak się okazało, był ostatnim lotem tego dnia.

Planując swoją podróż szukajcie jak najlepszych połączeń. Obecnie do Porto można dostać się bezpośrednimi lotami z Polski, bez konieczności przesiadania się w innych portach lotniczych. Jeśli jednak jakimś cudem traficie do Beauvais, postarajcie się poszukać jak najbliższych czasowo lotów. Dlaczego? Dlatego, że nie ma tam niestety zbyt wiele do robienia, a najbliższą rozrywką jest McDonalds oddalony od lotniska dwadzieścia minut. Ciekawostką może być natomiast fakt, że w mieście tym urodził się w 1927 roku znakomity projektant Hubert de Givenchy, którego muzą była sama Audrey Hepburn!

Nasz docelowy lot zaplanowany był na godzinę 22. Po wypiciu kieliszka wina, wsiedliśmy na pokład i w piątkowy wieczór, około północy dotarliśmy do celu – lotniska im. Francisco Sá Carneiro.

Niezależnie od tego, gdzie zmierzacie się zatrzymać w Porto, musicie najpierw wydostać się z lotniska. Postanowiliśmy skorzystać z metra, które dla mnie bardziej przypomina dobrze rozwiniętą linię tramwajową. Szczęśliwie dla nas, nikt nie sprawdzał biletów. Władze Porto w doskonały sposób rozwinęły system sprawdzania biletów komunikacji miejskiej. Przez cały tydzień, gdy byliśmy na miejscu, kontrolowano nas przynajmniej raz dziennie. Kara za brak ważnego biletu jest dość wysoka, wynosi sto euro. Dla ułatwienia podpowiem, że na każdej stacji metra znajdziecie mapę miasta z zaznaczonymi strefami. Szukacie ulicy, sprawdzacie, która to strefa i doładowujecie swoją kartę andante. Kartę tę otrzymacie przy pierwszym kupnie biletu i możecie ją później doładowywać dowolną kwotą.

Porto, Portugalia

Dotarliśmy do centrum chwilę przed godziną 1 w nocy. Było gorąco, a my po raz pierwszy zgubiliśmy się. Miasto wzniesione jest na nierównym terenie i gdy jest się w nim po raz pierwszy, trudno znaleźć jakikolwiek punkt odniesienia. Budynek, wieżę czy kościół. Po ponad czterdziestominutowym spacerze uliczkami pełnymi ludzi (piątek wieczór!) dotarliśmy do naszego hotelu. Wybraliśmy Best Western Inca Hotel. Czterogwiazdkowy, starszy, utrzymany w kolonialnym stylu hotel. Wspaniała obsługa, która na każdym kroku była pomocna. Muszą naprawdę lubić swoją pracę, ponieważ gdy wybraliśmy się ponownie do Porto w 2015 roku, nadal wszyscy tam pracowali. Hotel znajduje się w samym centrum Porto, dzięki czemu do większości miejsc można dotrzeć pieszo.

Porto, Portugalia

Pierwszego dnia postanowiliśmy wybrać się na plażę, ponieważ pogoda była naprawdę piękna. W zależności od tego gdzie się zatrzymaliście, na plażę Matosinhos można dotrzeć na kilka sposobów. My wybraliśmy, według mnie, najfajniejszy – przejażdżkę starym tramwajem linii numer 1, który zaczyna swój bieg na R. Nova da Alfandega. Trasa ciągnie się wzdłuż rzeki Duoro i kończy się na Av. de Dom Carlos I. Podróż trwa około dwudziestu minut. W dalszą drogę ruszyliśmy pieszo, co zajęło nam około pół godziny. Możecie się jednak przesiąść w autobus. Spacer może być trochę męczący, szczególnie gdy jest gorąco, jednak widoki są dostateczną nagrodą za trud. Po drodze mijaliśmy między innymi starą latarnię morską i zatrzymaliśmy się na kawę w jednej z kawiarenek usytuowanych przy samym bulwarze. Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce, wskoczyliśmy do oceanu i naprawdę zakochaliśmy się w Portugalii.

Porto - Portugalia

Do Porto (i innych miejsc w Portugalii) wrócimy wspólnie jeszcze wiele razy, między innymi wtedy, gdy będę Wam chciał opowiedzieć o wyjątkowym czerwcowym święcie, o podróży na kraniec Europy i o tym, że w Lizbonie jest najlepszy likier wiśniowy na świecie.

Dare to dream!

Czytaj także >> Spowiedź zagubionego podróżnika cz. V

Podobne artykuły