Psychodeliczny powrót Brodki – ,,Clashes”

Jeśli ktokolwiek miał jakieś wyobrażenia o nowej płycie Brodki, a jeszcze jej nie słuchał, to powinien je wykasować. Wrażenia fanów, którzy spodziewają się pewnej kontynuacji stylistycznej z „Grandy”, będą porównywalne do wrażeń rodziców świeżo upieczonej córeczki, która w rzeczywistości okazuje się chłopcem. „Clashes” to płyta nadziewana pysznymi sprzecznościami. Wyczuć je można w niekonwencjonalnych stylach, niegdysiejszych instrumentach muzycznych i skrajnych emocjach.


Brodka wraca zmieniona i jasno pokazuje, że zamknięcie w brzmieniach z poprzedniej płyty to ostatnia rzecz, która by ją usatysfakcjonowała. Oczyma wyobraźni widzę scenę, jak bierze Fryderyka i robi totalną demolkę w studiu, po czym na koniec, odgarniając pewnym ruchem niesforny kosmyk włosów na swoje miejsce, mówi: „No. To teraz możemy nagrywać”. Moje fantazje z pewnością są mylne, ale słuch nie zawodzi. Imponuje przede wszystkim swobodą, z jaką porusza się po nowych terenach. Najpewniej przyczynił się do tego fakt, że wokalistka debiutuje jako kompozytorka, jednak szerokie pasmo nowych dźwięków, jakimi nas raczy, wprawia w zdumienie. Niechęć Brodki do prób zamykania jej w poszczególnych nurtach jest oczywista, dlatego nie dam się złapać w tę pułapkę i nie będę po uczniowsku wyliczał gatunków, jakie można usłyszeć na „Clashes”. Przekornie tylko napiszę, że mamy do czynienia z psychodelicznym popem.

Czwarty album żywczanki to rezultat poszukiwań własnej drogi artystycznej, która bogata była w inspiracje z różnych zakątków świata. Bez większego trudu można by wskazać palcem skąd dokładnie. Tutaj słuchać Davendrę Banharta, tam Karen O z Yeah Yeah Yeahs czy Warpaint; gdzie indziej Laurie Anderson albo Julee Cruise, a w jeszcze innym kawałku Cat Power czy kogo tam ucho na słowo przyniesie. Rzecz w tym, że porównania wydają się zupełnie niepotrzebne. Co więcej – istnieje spore ryzyko, że tylko zniekształcą klarowny, dojrzały obraz artystki przed trzydziestką.

Podobne artykuły