Red Sweet Little Peppers – ,,The Getaway”

Po słabym, przez wielu uważanym za najgorszy album w historii, „I’m with You” – Red Hot Chili Peppers powracają z 11. studyjnym krążkiem zatytułowanym „The Getaway”.

Była to jedna z najgoręcej wyczekiwanych premier tego roku, w Polsce zwłaszcza, gdyż kilka dni po premierze zespół miał wystąpić z nowym materiałem na Open’er Festival w Gdyni. I mimo iż Papryczki na swój występ przyciągnęły rekordowe tłumy, to zarówno sam koncert, jak i nowy album mogłyby być lepsze.

Na „The Getaway” miało być funkowo, ostro i z powrotem do korzeni. Zamiast tego wyszedł album lekki, łatwy i przyjemny. Trudno wrócić do korzeni, jak jeden z nich usechł, a w jego miejsce wszczepiono implant. Mowa oczywiście o zmianie gitarzysty (odszedł Frusciante – wybitny indywidualista, a przyszedł Klinghoffer – przeciętny instrumentalista).

Większość piosenek kojarzy się z albumem „By the Way”. Tyle że są poniekąd odświeżone i to za sprawą zaproszonego do współpracy przy płycie Danger Mouse’a. Jego brzmienie najbardziej słychać w świetnych „Sick Love” i „Go Robot”. Promujący album singiel „Dark Necessites”, choć zaczyna się wstawką podobną do tej z „Vennice Queen” a później z linią basową z „Can’t Stop” (gwoli przypomnienia oba utworu pochodzą z „By the Way”), to bynajmniej nie jest to utwór, który zapamiętamy.

Oprócz tych dwóch utworów Danger Mouse’a, z pewnością trzeba wspomnieć o najlepszym zdecydowanie na całej płycie „We Turn Red”. Zarówno tytuł, jak i tekst, ale przede wszystkim brzmienie, zwracają nas ku najlepszym osiągnięciom Papryczek z czasów „Mother’s Milk” czy „Blood Sugar Sex Magik”.

Niemniej jednak, to wciąż Red Hot Chili Peppers i włączając tę płytę każdy, kto słyszał ich chociażby raz, od razu ich rozpozna. „The Getaway” to płyta czasem ożywiająca, czasem usypiająca. Z pewnością nie spełniła moich oczekiwań, ale może błędem było nastawienie na arcydzieło. Po każdym kolejnym przesłuchaniu coraz bardziej się do niej przyzwyczajam. Jest z pewnością lepsza niż poprzednia i teraz, ze skromniejszymi oczekiwaniami oraz niezaspokojonym głodem, czekam na ostre, a nie słodkie, papryczki.

Podobne artykuły