Travis z albumem „Everything At Once”

Ósmy studyjny album szkockiego kwartetu nie zaskakuje nas niczym nowym, jednak słucha się go przyjemnie. Nie jest to wprawdzie arcydzieło, ale nie ma tu słabych piosenek. Zamiarem muzyków było wyrazić swoje konkluzje na temat nowoczesnego życia w XXI wieku. Podobnie jak w kwestii  muzycznej, przekaz liryczny z pewnością nie przyczyni się do żadnej rewolucji. Nostalgiczna aura bijąca niemalże z każdej piosenki bardziej pasowałaby na jesienne wieczory pod kocem niż na majówkowego grilla.

Ciepły głos wokalisty Frana Healy’ego przypomina najlepsze osiągnięcia z wczesnych płyt Travisa – The Man Who” czy The Invisible Band” (kto wie czy po nieco eksperymentalnej przedostatniej płycie –  Where You Stand” – nie jest to krok zamierzony).

Otwierający album utwór What Will Come”, Radio Song czy Animals zarażają radością spod znaku Edwarda Sharpe’a, Keane, Beirut czy Bobba Baziniego.

Największym zaskoczeniem jest „Magnificent Time inspirowany częściowo przez Tima Rice-Oxleya z zespołu Keane. Kipi, wrze, pobudza… i najzwyczajniej nie pasuje do reszty.

Zdecydowanie najlepszy na płycie, przedostatni utwór – „Idlewild w duecie z angielską wokalistką Josephine Oniyamą jest jakby jaśniejszą wersją morderczej ballady Nicka Cave’a w duecie z Kylie Minogue. Jest zarazem najpoważniejszym powodem, żeby płytę odsłuchać ponownie. Zwłaszcza, że jej łączny czas to nieco ponad pół godziny.

Kiedy 15 lat temu gatunkowi, jaki proponują Szkoci nie brakowało arcydzieł takich jak „Parachutes Coldplay czy „Leaders of the Free World Elbow, Travis był zespołem jednym z wielu. Dziś – patrząc zwłaszcza na to co wyczyniają panowie z Coldplay – pozostaje jednym z niewielu. I to zdecydowanie należy zaliczyć na plus, nawet uwzględniając przeciętność „Everything At Once w dyskografii zespołu.

Podobne artykuły