Z pokręconego folku na światło dzienne – ,,Ape in Pink Marble” Devendry Banharta

Każdy nowy album Devendry Banharta jest wielkim wydarzeniem w świecie muzycznym. Tak było z wydaną przed trzema laty „Malą”, tak też jest z „Ape in Pink Marble”. O ile poprzednia płyta była swoistym podsumowaniem żonglowania gatunkami, do której Banhart nas przyzwyczaił, to spójność gatunkowa (i językowa – teksty są wyłącznie w języku angielskim) na nowej, sprawia, że jest to najbardziej „zrozumiały” album w jego dyskografii.

Trzeba podkreślić, że terminy takie jak „spójność” czy „zrozumiała” w odniesieniu do muzyki Devendry zawsze powinny być ujęte w cudzysłów. No bo jak inaczej pogodzić syntetyczne disco, które słyszymy w „Fig in Leather” z wrażeniem podwodnej elektroniki w „Saturday Night” albo naiwną i „głupkowatą” atmosferę z „Fancy Man” z nastrojową „Jon Lends a Hand”?

Niemniej jednak, w porównaniu już nie tylko z „Malą”, ale przede wszystkim z „What We Will Be” i chyba najlepszą jego płytą – „Smokey Rolls Down Thunder Canyon” – nowy materiał zaskakuje znikomą dawką absurdu w tekstach i małą, jak na Banharta, liczbą wykorzystanych instrumentów.

Wychodząc naprzeciw jednoznaczności, promujący krążek utwór „Theme for a Taiwanese Woman in Lime Green”, będący Banhartową (bo jakąś taką kapryśną, prawie ironiczną) wariacją nad bossa novą, potwierdza, że król podziemnego folku, choć wystawił głowę spod ziemi, to jest tylko jeden. Świadczą o tym po pierwsze słowa refrenu („There’s no one in the world that I love/And that no one is you.”) oraz wersja, którą niedawno nagrał na jednym z paryskich dachów.

Podobne artykuły