Zdzisław Beksiński – Dzień po dniu kończącego się życia

Po dwóch latach od wydania świetnej biografii „Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej, doczekaliśmy się wydania „Dzienników” Zdzisława Beksińskiego. Związek pomiędzy obiema publikacjami jest luźny, ale pozwala nam zweryfikować tezy autorki „Beksińskich” przez bezpośredni kontakt z malarzem.

Beksiński był człowiekiem na wskroś ambiwalentnym. Ta myśl powraca natarczywie w niemal każdym aspekcie jego twórczości i życia prywatnego. Choć niniejsze wydanie zawiera zapiski z okresu od marca 1993 do lutego 2005, kiedy został zamordowany, to śmiało można stwierdzić, że to najciekawszy okres w jego życiu.

Posądzany o stek bzdur niepoprawnie przekładanych z jego obrazów na życie prywatne, z satanizmem na czele, Beksiński w gruncie rzeczy był człowiekiem spokojnym, dobrym, uczynnym i zupełnym przeciwieństwem postaci z jego dzieł.

Wzruszają opisy nieporadności życiowej, kiedy przez lekką stłuczkę samochodową miał popsute święta (warto dodać, że nigdy nie był kierowcą) albo jak męczył się, robiąc zakupy w warszawskich galeriach handlowych.

Imponuje pogonią za nowinkami technologicznymi, o których rozpisuje się długo, fachowo i często (już w połowie lat 90-tych marzył o Macintoshu). Fakt, że komputery były narzędziem jego pracy, tylko mocniej wzmaga podziw dla jego ciągłych poszukiwań. Wszak przez całe życie był samoukiem.

Z jednej strony bał się krytyki własnej twórczości, ale jak tylko ktoś powiedział coś, co mu się nie spodobało – nie szczędził własnych, nierzadko pikantnych ripost. Nienawidził wystąpień publicznych, ale zawsze chętnie udzielał wywiadów. Gości przyjmował chętnie, ale po ich wyjściu narzekał, że stracił czas na pracę.

Postać malarza po lekturze „Dzienników” to portret podwójny jednego artysty i choć czyta się je bardzo dobrze, to pojawia się wrażenie, że popełniamy tu jakieś przewinienie; że podglądamy go przez dziurkę od klucza. Znając jego obsesję na punkcie bezpieczeństwa (stalowe drzwi, kamery na klatkach schodowych, hasła do plików), wiemy, że nigdy by się nie zgodził, żeby te zapiski ujrzały światło dzienne. Zwłaszcza, że bardzo się przejmował tym, co inni o nim mówią i piszą.

Niemniej, może właśnie przez to nie można się od nich oderwać.

Podobne artykuły