Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać. Kuba, część I

Grudniowe słońce przebijało się przez nisko zawieszone chmury. Samotność uderzyła we mnie tego dnia, gdy czekałem w holu poznańskiego dworca na pociąg do Warszawy. Poranny. Ten o 7:55. Z wielką walizką i plecakiem na plecach, pierwszy raz w swoim 26-letnim życiu miałem ruszyć na koniec świata zupełnie sam. Bez przyjaciół, bez rodziny.

Kuba

W październikowe przedpołudnie załatwiłem wszystkie formalności w biurze podróży. Jestem zdecydowanym zwolennikiem podróżowania na własną rękę. Wyjątkami są podróże, z których organizacją mógłbym mieć problem. Podpisałem umowę, wpłaciłem odliczoną kwotę i przygotowałem wszystkie dokumenty potrzebne do załatwienia wizy. Kiedy powiadomiłem Rodziców dokąd lecę, Mama nie była zachwycona odległością i wielogodzinnym lotem. Uspokoiłem ją faktem, że od dawna nie słyszało się o żadnej awarii czy katastrofie samolotu. Następnego dnia w Warszawie kapitan Wrona wylądował bez podwozia…

Samotność dopadła mnie po raz drugi w ciągu niecałych 24 godzin, gdy nad ranem kolejnego dnia dotarłem na warszawskie lotnisko. Moimi przyjaciółmi na kilkugodzinny lot z przesiadką miały być: notes, w którym zapisuję najważniejsze wydarzenia podczas podróży, iPod i książka o Bombaju.

Lotnisko Schiphol przytłaczało swoim ogromem, a poranny ruch wcale nie pomagał zrozumieć, w którą stronę pójść, by nie spóźnić się na kolejny lot. Po szybkiej kanapce i kawie ruszyłem w stronę dalszej przygody.

Samolot kołysał się dość mocno na wietrze, kiedy na ekranie monitora w fotelu przede mną oglądałem stare odcinki moich ukochanych „Przyjaciół”, a stewardessy rozdawały ostatnie posiłki podczas tego ośmiogodzinnego lotu. Po pół roku od rozstania byłem na samym początku podróży, która na zawsze zmieniła mój sposób myślenia i podejścia do świata.

8718 km i pięć plastikowych posiłków później byłem na miejscu. Jeszcze przed opuszczeniem lotniska zdążyłem poznać DF i jej córkę IF. Dwa lata później, w 2013 roku, podczas ślubu IF uznaliśmy, że przeznaczenie rzuciło nas w tym samym kierunku tylko po to, aby nawiązała się między nami nić przyjaźni.

Pierwsze, co uderzyło we mnie po wyjściu z hali przylotów, to tłum ludzi. Tłum, którego nie dało ogarnąć się wzrokiem. Stare, niekiedy pięćdziesięcioletnie samochody usiłowały omijać przechodniów z każdej możliwej strony. Drugim elementem był upał. Ciężkie, gorące powietrze.

Hotel usytuowany był na samym nabrzeżu. W holu stała udekorowana choinka, co stanowiło raczej komiczne zestawienie z panującymi na zewnątrz warunkami pogodowymi. Wymiana gotówki mogła odbyć się na tę chwilę tylko w kantorze. Przy pomyślnych wiatrach, sądząc po długości kolejki, miało to i tak zająć wieczność! Szczęśliwie poczęstowano nas rumem z sokiem z ananasów.

Jet lag nie pozwalał mi zasnąć bardzo długo. Czułem się trochę jak bohaterowie mojego ukochanego filmu „Między słowami”. Tyle, że zamiast w Tokio, leżałem samotnie w łóżku po przeciwnej stronie świata. Po godzinnym przewracaniu się z boku na bok włączyłem telewizor by odkryć, że dostępne są tylko dwa kanały. Na jednym z nich leciał serwis informacyjny, na drugim – StarZ – czarno-biały japoński film o wojnie. Do dzisiaj nie znam tytułu tego filmu, ale niewiele straciłem. Po czterdziestu pięciu minutach wyłączyłem telewizor i wyszedłem na taras.

Kuba

Z jednej strony, w czarnej jak smoła nocy fale oceanu rytmicznie rozbijały się o falochron znajdujący się tuż przy hotelu. Z drugiej hałasował ogromny agregat prądotwórczy, który przy wyłączeniach prądu miał zapewnić komfort turystom przebywającym w hotelu. Zamiast komfortu, podarował bezsenność. Żeby zagłuszyć hałas włączyłem w iPodzie muzykę i usiadłem na wiklinowej huśtawce. W uszach usłyszałem piosenkę „Last night I heard everything in slow motion”

Wtedy właśnie pomyślałem, że po tym, co do tej pory wydarzyło się w moim życiu, w końcu zrobię wszystko, żeby być szczęśliwym. Każdego kolejnego dnia! Do tego… właśnie realizowałem jedno z moich podróżniczych marzeń. Byłem na Kubie!

O tym, co zobaczyłem i przeżyłem na Kubie, opowiem Wam wkrótce.

Dare to dream!

Czytaj także >> Spowiedź zagubionego podróżnika cz. VI

Podobne artykuły